Nuestra Andalucía, czyli nasza Andaluzja

Nuestra Andalucía, czyli nasza Andaluzja
28 Kwi
2019

Lepiej późno niż wcale - wpis o naszych wakacjach w Andaluzji wstawiamy osiem miesięcy po powrocie do Londynu z tej wspaniałej części Hiszpanii. Nam sklejanie tekstu i wybieranie zdjęć przypomniało o tych prawdopodobnie najlepszych wakacjach w życiu. Mamy nadzieję, że Was zachęci do odwiedzenia miejsc, które nas absolutnie zachwyciły.

Nie planowaliśmy w sumie zakochać się w Andaluzji. Słyszeliśmy o wspaniałych plażach Costa del Sol, zabytkowej, arabskiej architekturze i marzyliśmy o zdobyciu twierdzy Alhambra. Jako miłośnicy dobrego jedzenia, mieliśmy nadzieję na dużo owoców morza i trochę wina.

Postanowiliśmy spędzić połowę naszego pobytu wylegując się na plaży Costa del Sol, pozostało tylko wybrać jedno z miasteczek znajdujących się niedaleko Malagi. Zachęceni zdjęciami wąskich uliczek z białymi domkami zdecydowaliśmy się na miasteczko Mijas. Szybko jednak okazało się, że podział administracyjny Mijas jest nieco skomplikowany i składa się ono z trzech części, do poruszania się między którymi niezbędny jest samochód (lub polubienie się z aplikacją Uber): Mijas Costa (wybrzeże), Mijas Pueblo (biała wioska, do której dostaliśmy się po 15 minutach jazdy przyjemną serpentyną) oraz Las Lagunas (tam mieszkaliśmy).

Jako że koncepcja kompletnej zmiany otoczenia z klimatów morskich na bardziej wyżynne działała u nas na wcześniejszych wyjazdach, postanowiliśmy powtórzyć to i tym razem. Baśka przeczytała o andaluzyjskich miasteczkach z jaskiniami, które są wynajmowane turystom i natychmiast zarezerwowała jedną z nich położoną na północ od Parku Narodowego Sierra Nevada na Airbnb. Tak oto zaczęliśmy odliczać dni do wyjazdu podekscytowani, że niespodziewanie zostajemy troglodytami choć na niecały tydzień!

Andaluzja urzekła nas całkowicie i mamy nadzieję, że lista powodów, którą znajdziecie poniżej zainspiruje Was do odwiedzenia tego absolutnie wyjątkowego miejsca.

Plaże

Wybrzeże Costa del Sol ma 150 kilometrów mniej lub bardziej dzikich plaż, z których my ograniczyliśmy się do jednej z najmniejszych - El Bombo, bo zachwyciła nas spokojem i niemalże rodzinną atmosferą - po trzech dniach kojarzyliśmy już stałych bywalców. El Bombo zdradziliśmy tylko raz dla dużo większej plaży Cabopino na której, wspomagani kroplówką z Sangrii, wytrzymaliśmy jakoś kilka godzin otoczeni tłumem turystów.

Hiszpanska przygoda 20180824 102705

Hiszpanska przygoda 20180821 171431

Hiszpanska przygoda 20180822 174106

Plaże Costa del Sol zasługują na 5 gwiazdek za organizację: każda ma ‘koordynatora’, którego zadaniem jest przygotowanie leżaków rano, utrzymanie plaży w czystości, czasem też, za drobna opłatą, może dostarczyć drinka jeśli tak się nam dobrze położyło, że perspektywa przejścia paru kroków do pobliskiego baru brzmi jak maraton. Za kilka euro można na cały dzień wynająć gustowny słomiany parasol i szezlongi - radzimy to zrobić, bo słońce grzeje mocno, piasek nagrzewa się tak, że bliższy kontakt z nim bardzo boli. Na każdej plaży znajduje się przynajmniej jeden bar, w którym można zaopatrzyć się w zimną wodę, przekąski, dzbanek Sangrii i, jeśli plaża jest większa, poczuć atmosferę fiesty.

Hiszpanska przygoda 3165

Hiszpanska przygoda 20180824 101547

Miłym bonusem jest brak (przynajmniej na tych plażach, które odwiedziliśmy) owadów latających - amatorów Sangrii  i wszelkich słodkości. Plażowiczom w stylu Adasia Miauczynskiego, poszukiwaczom absolutnego spokoju, polecamy wybranie się na plażę o wschodzie słońca - jest przepięknie, no i to doskonały pretekst żeby wcześnie rano spróbować śniadaniowych specjałów z andaluzyjskich kawiarni.

Mijas Pueblo

Mijas Pueblo to przepiękna wioska, należąca do tradycyjnych andaluzyjskich ‘pueblos blancos’ (‘białych wiosek’), których nazwa pochodzi od dominującego koloru domów.  Droga z naszego Las Lagunas zajęła ponad 20 minut, nie byliśmy przygotowani psychicznie (szczególnie Baska) na wjazd górską serpentyną, ale zaciągnęliśmy zęby i, zmotywowani perspektywa nowej przygody, daliśmy radę.

Było warto - widok na Costa del Sol był wspaniały, a w oddali rysował się kształt gór Maroka. Wioska ma bardzo różnorodną architekturę, ze względu na to że była w przeszłości zamieszkana przez Fenicjan, Rzymian, Maurów i Chrześcijan. Jest podzielona na dwie części - górną i dolną. Centrum Mijas Pueblo jest Plaza Virgen de la Peña, na którym znajduje się duży postój oślich taksówek. Mijas to podobno jedno z niewielu miejsc w Hiszpanii, gdzie zwierzęta pracują w taki sposób. Miasto dba ponoć o to, żeby zwierzęta miały dobre warunki pracy, ale podobno różnie z tym bywa. Kilka kroków dalej znajduje się ładna kapliczka Virgen de la Peña wykuta w litej skale upamiętniająca ukazanie się w Mijas Maryi Dziewicy. 

Hiszpanska przygoda 3279

Hiszpanska przygoda 20180824 202941

Hiszpanska przygoda 20180824 182332

Hiszpanska przygoda 3264

Hiszpanska przygoda 3262

Hiszpanska przygoda 3246

Hiszpanska przygoda 20180822 210202 HDR

Hiszpanska przygoda 3111

Mijas Pueblo jest wyjątkowe z jeszcze jednego powodu - znajduje się tam jedna z niewielu owalnych aren do walk byków, przy wejściu do której jest małe muzeum ze strojami matadorów i starymi billboardami reklamującymi walki. Te ostatnie odbywają się tam nadal, podobno w każdą niedzielę, a udział w nich biorą początkujący matadorzy. Arenę odwiedzić zdecydowanie warto (jak tylko znajdzie się wejście do niej, nigdy byśmy nie przypuszczali, że prowadzi ono przez sklepik z pamiątkami, gdzie można dostać też bilety).

Mijas Pueblo najlepiej odwiedzić wieczorem, żeby po zmroku chłonąć atmosferę orientalnego bazaru w centrum miasteczka przechadzając się wśród otulonych zapachami orientalnych przypraw i dźwiękami arabskiej muzyki (w końcu do Maroka stąd bardzo, bardzo blisko) namiotów z wrózbitami, tarocistami i nauczycielami Reiki gotowymi w każdej chwili, i za drobną opłatą, oczyścić Wasze czakry.

Głównym powodem dla którego zakochaliśmy sie w Mijas Pueblo była jednak restauracja La Alcazaba. Gdyby nie polecił nam jej nasz charyzmatyczny host Airbnb, pewnie nigdy byśmy nie zwrócili na nią uwagi, z zewnątrz wygląda bowiem jak rzadko uczęszczany angielski pub z samotnym jednorękim bandytą przy wejściu. Jeśli jednak pokonacie wewnętrzny głos ‘chyba jednak nie’ i pokonacie jedne schody i jeszcze trochę więcej schodów, najpierw zostaniecie przywitani przez sympatycznego kelnera, który szybko zorganizuje dla Was stolik (mimo tego, że na większości będzie widniał napis ‘reservado’ - tak tak, jeśli pragniecie stolika z pięknym widokiem, rezerwacja jest konieczna). Potem Waszym oczom ukaże się widok nawet piękniejszy od tego, który podziwialiście chwilę wcześniej przy wjeździe do Mijas.

Jeśli, tak jak my, jesteście miłośnikami owoców morza, będziecie absolutnie zachwyceni. Jeśli nie, to w karcie jest jeszcze sporo innych pozycji. My do tej pory pamiętamy smażone bakłażany z miodem - Berenjenas con miel i chłodnik czosnkowo-migdałowy Ajo Blanco podawany z winogronami lub melonem - poważna konkurencja dla Gazpacho. Jeśli nie macie ochoty zamawiać dzbanka  Sangrii (która w La Alcazaba sprzedawana jest tylko na dzbanki), kieliszek Tinto de Verrano powinien załatwić sprawę. (Andaluzyjskiej kuchni poświęciliśmy dalszą część wpisu.)

Nuestra Cueva czyli nasza jaskinia

Kiedy tylko Baśka wyczytała gdzieś, że niektórzy andaluzyjczycy nadal mieszkają w domach wydrążonych w skałach, a istnieją także takie, które wynajmuje się turystom, natychmiast postanowiła taką dla nas znaleźć. Wybraliśmy małą (200 mieszkańców) uzdrowiskową wioskę w prowincji Cortes y Graena, która znajdowała się w idealnej odległości od miast, które chcieliśmy odwiedzić - Granady z twierdzą Alhambra, Guadix i Malagi. O tym, jak bardzo jest mała, przekonaliśmy się, gdy chcieliśmy zrobić zakupy - sklep spożywczy otwarty jest tylko w niektóre dni tygodnia na klika godzin, a nieliczne lokalne restauracje - tylko wieczorem. Byliśmy chyba jedynymi zagranicznymi turystami w wiosce i dzieliliśmy okoliczne restauracje głównie z hiszpańskimi emerytami korzystającymi z pobliskiego uzdrowiska. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zafundowali sobie kilku zabiegów w tym ostatnim, co było doświadczeniem,używając bardzo mocnego w branży turystycznej określenia, ‘bardzo autentycznym.’

Hiszpanska przygoda P 20180825 174445

Hiszpanska przygoda 3345

Hiszpanska przygoda 20180826 121103

Nasza jaskinia mogła pomieścić 8 osób, miała z ogromną kuchnię i dwa tarasy. Była rzeczywiście jak prawdziwy dom, w przeciwieństwie do podobnych miejsc w tureckiej Kapadocji, które nie pozostawiały wątpliwości co do tego, że są po prostu świetnymi hotelami.

Jakby plusów naszego zakwaterowania było mało, to temperatura w jaskini nigdy nie przekraczała 19 stopni - świetna ochłoda po całodniowym przebywaniu na palącym słońcu, pierwszy raz przydały nam się bluzy i skarpetki. Jaskinia to cudowne miejsce dla podróżników którzy, tak jak my, chcą przede wszystkim odpocząć i raczej stronią od tłumów wakacjuszy.

Comida czyli jedzonko

Dwa tygodnie w Andaluzji wystarczyły, aby nawet tak ostrożny optymista jak Adam uznał kuchnię tego regionu za swoja ulubioną. Kuchnia Andaluzji, ze względu na klimat, jest raczej lekka i obfituje w owoce morza. My uwielbialiśmy szczególnie te grillowane (calamari a la plancha). Ugasić pragnienie bardzo pomagały zimne zupy: dobrze znana Gazpacho i nasze odkrycie - Ajo Blanco - chłodnik z migdałów i czosnku, często serwowana z owocami.

Hiszpanska przygoda 20180821 155707

Hiszpanska przygoda 20180821 161749

Hiszpanska przygoda 20180825 203957

Hiszpanska przygoda 20180822 212249

Hiszpanska przygoda 20180822 212604

Hiszpanska przygoda 20180824 201250

Hiszpanska przygoda 20180825 204155

Hiszpanska przygoda 20180826 202006

Hiszpanska przygoda 20180827 214439

Nasza determinacja w zdobywaniu jedzenia nie słabła nawet w obliczu jedynie bardzo podstawowej  znajomości języka i świadomości, że wcześniej niż przed 20:00 w niewielkich andaluzyjskich miasteczkach o jedzenie dość trudno. Pewnego popołudnia, kiedy zmęczeni zwiedzaniem jaskiń w miasteczku Guadix chodziliśmy ulicami w poszukiwaniu kolacji, natrafiliśmy na lokal, który nieco przypominał opustoszały angielski pub. Nad wejściem dyndał ogromny, sztuczny udziec, co dało nam pewną nadzieję na zaspokojenie głodu. Gdy weszliśmy do środka, w odpowiedzi na nasze hiszpańskie lingwistyczne wysiłki uśmiechnięty barman, posługując się płynną angielszczyzną przyznał, że co prawda nie serwują jeszcze jedzenia, ale może nam przygotować kilka tapas. ‘Kilka tapas’ okazalo sie konkretnych rozmiarów deską mięs, serów i oliwek, ktora w towarzystwie Sangrii i Tinto de Verrano posłużyła nam za późny lunch i kolację.

A właśnie, Tino de Verrano. Koniecznie trzeba wspomnieć o tym bardzo popularnym w Hiszpanii napoju, po który Hiszpanie sięgają podobno chętniej niż po Sangrię. Nazwa oznacza po prostu ‘letnie czerwone wino’. Tinto de Verrano składa się z lekkiego czerwonego  wina, napoju gazowanego typu Fanta i kostek lodu. Można też dodać rumu lub wermutu. Legenda głosi, że oba napoje można spotkać w wersji bezalkoholowej, ale nam się to nie udało.

Będąc w Andaluzji warto poszukać restauracji, które mają w swojej ofercie wieczór Flamenco - my do takiej wybraliśmy się w Maladze w rocznicę naszego ślubu. Od restauracji Vino Mio dostaliśmy nawet niespodziankę w postaci pięknej dekoracji stolika. Pokazy odbywają się też w konkretnych dniach i godzinach na ulicach andaluzyjskich miast.

Miasta

Podczas drugiej części naszej andaluzyjskiej przygody odwiedziliśmy trzy miasta: Guadix, Granadę i Malagę. Tak jak już wcześniej napisaliśmy, nasza jaskinia stanowiła doskonałą bazę wypadową, znajdowała się bowiem w niewielkiej odległości od tych miast. Cały dzień na zwiedzanie przeznaczyliśmy tylko w Granadzie, ze względu na Alhambrę. Poza tym zwykle wyłanialiśmy się z jaskini około 16:00, kiedy upał już nieco zelżał (co i tak było porą bardzo wczesną, wielu miejscowych wychodziło zwykle w porze kolacji, czyli około 20:00). Guadix to małe, 20-tysięczne miasteczko z przepiękną katedrą, którą warto odwiedzić chociażby dlatego, ze zawiera dużo informacji na temat Guadix. Trzeba koniecznie odwiedzić Cuevas de Guadix - małą wioskę na obrzeżach miasta ze skalnymi domami, w których wciąż mieszkają ludzie (kilka z nich było otwartych dla zwiedzających).

Większą część dnia w Granadzie zajęło nam zwiedzanie Alhambry - warownego zespołu pałacowego, wspaniałego zabytku arabskiego budownictwa, który był jednocześnie pałacem, fortecą i osadą. Jedną z najwspanialszych części Alhambry są jej ogrody, cudownie było się schować przed upałem w cieniu drzew i krzewów. Orientalny bazar Alcaiceria przypomniał nam odrobinę Grand Bazaar w Stambule.

Hiszpanska przygoda 20180826 185635

Hiszpanska przygoda 20180828 115955

Hiszpanska przygoda 20180828 134925 HDR

Hiszpanska przygoda 20180829 200919

Hiszpanska przygoda 20180829 200713

Hiszpanska przygoda P 20180829 180058

Hiszpanska przygoda 20180829 214538

Malaga, z której wracaliśmy do Londynu, zafundowała nam powrót do cywilizacji i rzeczywistości - jest większym miastem z dużą mariną i ma atmosferę sporego nadmorskiego kurortu, a to nie jest to, co lubimy najbardziej. W Maladze polecamy za to muzeum Picassa, znalezienie chwili na podziwianie street art’u (którego jest mnóstwo i na bardzo wysokim poziomie) i restaurację Vino Mio, dzięki której mieliśmy piękną rocznicę ślubu - warto zajrzeć tam nie tylko na kolację, ale też na pokaz flamenco. 

Baśka